Blog został przeniesiony pod nowy adres:
http://blog.socar.pl
10 lipca 2009
Nowy adres
Autor: SOCAR o 22:03 0 komentarze
Etykiety: http://blog.socar.pl
20 czerwca 2009
Noobwar

OMFG, jak ja dawno nic nie napisałem. Z racji zbliżającego się egzaminu robie wszystko poza nauką, wiec znalazł się i czas na wpis :-) Głownym w sumie powodem jest zanoszenie się od śmiechu od flejmów które wyrastają jak grzyby po deszczu po artykule na gazecie: http://technologie.gazeta.pl/technologie/1,82011,6721007,Dziesiec_sposobow_na_wywolanie_klotni_geekow.html
Głównie za sprawą pierwszego (10tego?) stwierdzenia dot. PHP.
Świetnie się bawię czytając kłótnie,na jednym z forów, wywołaną tematem o tym jak wywołać kłótnie :-) Jednak jeden zastraszający wniosek z tego wynika. Na tematy wypowiadają się głownie osoby, których rzeczywiste doświadczenie, na podstawie którego mogliby dokonać oceny i porównania, jest niewielkie.
Programiści Pythona chwalą Pylons i Django, Ruby chwali Rails, PHP chwali PHP, A ludzie od ASP.NET i tak wszystkich mają w dupie, nie mówiąc już o programistach servletów JSP. Niestety z dotychczasowej dyskusji, wynika dokładnie to samo co w każdej innej dyskusji mającej "wyłonić" zwycięzcę. Programista Pythona który napisał moze z 2 skrypty w PHP będzie z oczywistych przyczyn pompował się jak paw. Programista PHP który widział Pythona z daleka robi to samo. A obaj mają takie same luki w aplikacjach, które napisali (co jeszcze bardziej mnie bawi).
Na moje nieszczęście, przez ostatnie kilka lat pisałem aplikacje webowe we wszystkich powyższych (poza Rubym) technologiach i niestety posiadam swoją ocenę każdej z nich. Ale po co przeszkadzać w tak zajebistym flamie :-)
Niestety przez ostatni rok, pracując nad reanimacją niemieckiego trupa, zdolności werbalno-interpersonalno-programistyczne uległy sporej deterioracji. Głownie za sprawą tego że sam na to pozwoliłem (a raczej wyszedłem z założenia, że jeżeli inni sobie na to pozwalają to i ja mogę), jednak planuje to zmienić w najbliższej przyszłosci. Zapewne skończy się to eskalacją przemocy, jednak powoli nudzi mi się dotychczasowy stan rzeczy.
A póki co to T: -5 :-)
//Edit:
Gorące buziaczki dla mojego ukochanego, cierpliwego i wspaniałego Koteczka, który pomimo mojego bunkrowania jest w stanie ze mną wytrzymać :*
19 maja 2009
Final demon dance
No i stało się. Studiowanie zbliża się do końca. Ostatnimi czasy przez to studiowanie nie miałem w ogóle czasu na cokolwiek innego. Praca, studia, dom, praca_w_domu_nad_studiami, praca_w_domu_nad_pracą itd. Staram się "wypchnąć" magisterkę itp itd. Ostatnia średnia spania to 4 godziny dziennie. Dlatego coraz mniej kontaktuje i zaczynam widzieć jednorożca Charliego i inne dziwne rzeczy. Czasem zastanawiam się czy to co widzę w biurze to rzeczywistość czy tylko moje halucynacje. W robocie walczę od paru tygodni z niemieckim wynalazkiem pod postacią procedury scalającej dane z różnych źródeł w jedno. Analiza kodu mnie dobiła. Warunki logiczne do spełnienia integralności danych - dosyć spore. Na tyle dały mi w kość że zaczynam się zastanawiać czy po prostu nie jestem idiotą.
Magisterka na szczęście ruszyła z kopyta. 1.5 roku zostało nadrobione w tydzień (sic!) jednak teraz zcieram się z ostatnimi kilkudziesięcioma stronami aby móc je oddać jak najszybciej i zapomnieć o tym wszystkim.
Cała ta paranoja skończy się tak czy inaczej w przeciągu 35 dni. Ostatnie miesiące wyrzeczeń (zakrawające na totalną paranoje - brak jakichkolwiek rozrywek, limitowany sen, odżywianie się głownie powerupami) odbiły się nie najlepiej w każdej dziedzinie. Łącznie z moim zdrowiem fizycznym. Ale zakładam że takie poświęcenie przyniesie odpowiednie korzyści.
Najbardziej jednak boli mnie to że już dawno nie widziałem swojego ukochanego Koteczka. I chociaż mieszkamy w sumie nie tak daleko od siebie, środki transportu są dostępne i w ogóle ... tak czasu brak. A tęsknotki nie przechodzą :(
Tak czy inaczej nie trace więcej czasu i wracam ... do pracy.
Pracoholizm nie jest jednak aż tak prosty, gdy ma się "social-life".
Autor: SOCAR o 13:14 1 komentarze
Etykiety: paranoja, politechnika, praca
14 marca 2009
Quo Vadis Opero?
Ostatnio wypowiedź kolegi lekko mnie zmartwiła. Chodzi mianowicie o moją ulubioną przeglądarkę internetową - Operę. Dla większości "userów", korzystających z internetu przez bardzo długi czas nie istniało nic poza Internet Explorerem. Część z tych osób była na tyle nieświadoma że jest to program, nazywała ikonę IE - Internetem (!). Część osób nazywała ją ... "przeglądarką E". Tak czy inaczej IE rządził. Ludzie którzy znali wady IE (zazwyczaj power-users itd) korzystali z innych przeglądarek. W "tamtych czasach" (tj. lata 98-2002) pamiętam że było ich parę. Osobiście korzystałem właśnie z Opery, ale...
Nigdy nie upadnie
Zanim IE zostało wtłoczone praktycznie do każdego komputera sprzedawanego z Windows (w tym poście o przeglądarkach pomijam ekstremistów środowisk *nix-owych, którzy w swojej core-pro-hackerkim zamyśle,powinni zostać skazani do końca swoich dni na Lynxa), ludzie korzystali z Netscape Navigatora. Ta, w dzisiejszych czasach (prawie) zapomniana przeglądarka rządziła na rynku, będąc wyborem milionów, wtedy kiedy Internet Explorer dopiero raczkował (a raczej sprzedawano go w ... pudełkach. Dokładnie wersje 2.0, o ile dobrze pamiętam). W między czasie jako projekt badawczy powstała Opera. Ale to aktualnie nie ważne. Tak czy inaczej Netscape posiadał większość rynku przeglądarek.
w 98 roku wraz z pojawieniem się Windows98 IE4.0 został dołączony jako domyślna przeglądarka. Netscape 4.0 wtedy był już całkiem sporym (tj. trudno zarządzanym) projektem. Tak czy inaczej ludzie nie instalowali już NN4 mając IE4. Popularność NN nagle spadła, a IE poszybowała. MS został później oskarżony o praktyki monopolistyczne, jednak upadek NN został przypieczętowany. Pomimo kolejnych wersji, rozbudowy pakietu (Nestcape był w sumie całym pakietem. Klient poczty, edytor HTML czy news reader były częścią pakietu razem z przeglądarką) całkiem stracił popularność na rzecz IE.
Backstage
W Norwegii za to pracowano sobie nad Operą. W 2000 roku Opera była zabójczo szybka. Bardzo szybko (w locie) renderowała strony (nawet bez całej treści). Umożliwiała otwarcie kilku zakladek (model SDI), obsługiwała Widgety (odpowiednik obecnych pluginów do FF). Dawała możliwość własno-zdefiniowanych opcji renderowania stron WWW, dynamicznego włączania i wyłączania proxy oraz ... modyfikowania swojego okna. Tak pod względem położenia przycisków, jak i skórek. 2 lata przed Firefoxem. 3 Lata przed Safari.
Niestety Opera przez wszystkie te lata nie zyskała popularności wśród "prostych" użytkowników sieci. Nie pamiętam abym kiedyś słyszał że jej popularność wyszła ponad 9%. Obecnie, w zależnosci od rankingu, jest to od 4% do 0.92%.
Tak czy inaczej, gdy w 99 roku autorzy parserów HTML takich jak Netscape i IE przerzucali się błotem, Opera była przeglądarką internetową.
Smoczek, Lisek i Gówienko
Do Netscape nie mogłem się przekonać nigdy. Pomimo że używałem go przez ok 2 miesiące. Wyglądał jak zbudowany z klocków DUPLO dla 2 latków. IE natomiast był wolniejszy niż Poczta Polska w święta. Opera była jedynym słusznym rozwiązaniem (dla mnie). Reszta walczyła z "argumentami".
Gdy Netscape 6 był już publicznie uważany za trupa, którego próbuje się reanimować przy pomocy 220V, paru "cfaniaczków" z Netscape, podkuliło ogony i zwiało z Netscape Communications tworząc Mozilla Foundation. Obecnego autora i właściciela FireFoxa. Z Netscape "zwinęli" prototypowy silnik renderowania stron WWW, wtedy jeszcze nazywany RAPTOR, niedługo potem przemianowany na Gecko. To samo (prawie) Gecko, które teraz można ujżeć w Firefoxie. Ktoś swojego czasu zażartował że z Raptor zmienili na Guano i tak przez jakiś czas Firefox był "po kątach" nazywany gówienkiem, które potem zostały tylko poparte takimi gniotami jak Firefox 0.7 (przeglądarka niewiele różniąca się od tzw. Mozilli - tak! To jest nazwa przeglądarki! "Następcy" Netscape).
W czasie gdy Firefox mulił jeszcze bardziej niż IE4, a ówczesny IE 5.5 i 6.0 były uznawane bardziej za komunikatory internetowe niż przeglądarki ze względu na poziom bezpieczeństwa (były bardziej dziurawe niż dziura w kiblu), Opera rozwijała się coraz bardziej i bardziej, dodając nowe funkcje oraz ... tworząc wersję bezpłatną tej przeglądarki. Jednak i to nie pomogło. Miło jest jednak wspomnieć fakt, że gdy rzesze zdezoriętowanych dzieci neostrady błagały Mozilla Foundation o nawet najprostsze rzeczy (np. zoom prerenderowanej strony, a nie tylko zmiana czcionki tekstu na większą), Opera miała to wszystko w sobie i umożliwiała bardzo szybkie korzystanie z internetu. Jednocześnie nie "wpierdalając" zasobów jak FF czy IE
Dzień dzisiejszy
Opera nadal nie jest popularna. Pomimo że umożliwia zrobienie z internetem wszystkiego co tylko się chce. FF i IE podzieliły internet. Za nimi jest inwalidzkie Safari znane przede wszystkim z GayMaków, które swoje pojawienie się na Windows, zaingurowało dziurą w stylu IE4, tak dla Windows jak i dla Maków (czyli "Jeżeli używasz Safari to Internauci już wiedzą co masz na dysku"). Za nim "hura-optymistyczny" Google Chrome, który jest jakimś Qwazi-Google-Projektem. A za nimi wszystkimi ... Opera.
Sukces IE jest oczywisty. Dołączony do każdego komputera z Windows. Sukces FF jest wynikiem braku kampanii... ze strony Opery. FF reklamowała rozwiązane znane od lat w Operze. Do tego pompowało w płytkie umysły pierdoły o "Darmowości", "Otwartości" czy "Wtyczuniach" które dodadzą do twojej przeglądarki teletubisie. Pomimo wielu starań, dopiero wersja 3.0 jest w moim przekonaniu "używalna". Poprzednie wersje były w większości gniotami, wolno ładowały strony, wyglądały jak klocki duplo (pewnie "świetne" praktyki zapożyczone z Netscape) i wpierdalały zasoby jak opętane. No ale czego spodziewać się po programie który GUI tworzy przy użyciu ... Javascriptu.
Opera niestety położyła wiele szans i jak mój kolega wspomniał, zapewne niezadługo zarzuci wersje PC, skupiając się nad wersjami dla urządzeń przenośnych i konsol (opera jest m.in. obecna w Wii). Szkoda, ponieważ był (jest?) to świetny produkt, chociaż z biegiem lat (i kolejnymi wersjami, od wersji 7 [obecna to 9]) jego jakość mimo wszystko się pogarszała. Wielu użytkowników oczekujących prostoty użytkowania ("leniwych debili" ?) zarzucało Operze zazwyczaj "za dużo opcji", jak również do wersji 6 to że jest płatna, czy "wyposażona" w reklamy. Również nazwa nie jest na tyle "fajerasta" aby przekonać do siebie użytkowników. Można by powiedzieć że "przyzwyczajenie" do używania czegoś lub nie-używania (jak to ma miejsce względem Opery) robi swoje.
Firefox zwyciężył guziczkami "Free the web", aby przekonać ludzi do korzystania z pokiereszowanych wersji wstępnych. Od wersji 3.0 przeglądarka jest nawet użyteczna, jednak daleko jej do możliwości konfiguracyjnych Opery. Może z kolejnymi wersjami się to poprawi ?
Tak czy inaczej szkoda mi świetnego produktu, jakim jest Opera. Czyżby rzeczywiście miał popaść w zapomnienie jak Netscape Navigator ? Will see...
Autor: SOCAR o 23:57 0 komentarze
Etykiety: internet, Opera, przegladarki internetowe
18 lutego 2009
Świat jest mały
Poniższa notka zapewne nie będzie zawierać puenty.
Przeglądam największą w Polsce bazę danych osobowych (Nasza-Klasa). Ogladam profile znajomych z poprzednich szkół. Ze studiów nawet nie oglądam. Jest ich za dużo, a są raczej rozsiani po kategoriach. Liceum i podstawówka to jednak jasno określone granice "szkoły".
Po przeglądnięciu zdjęć zaczynam (w sumie bez większego powodu) przeglądać znajomych-znajomych. I w bardzo wielu przypadkach ... trafiam na swoich znajomych. Ale nie takich z tej samej klasy!
Truman show
W kilkudziesięciu przypadkach (liczonych w dziesiątki) znalazłem całą mase wspólnych znajomości.
Kolega A z Szkoły Podstawowej (SP) zna Koleżankę B ze studiów.
Kolega B z Liceum zna Kolegę C z innego liceum
Kolega D z SP zna kolegę ze studiów i z Liceum...
Kolega E zna kolege z jakiejś tam grupy z którą kiedyś miałem styczność/byłem członkiem.
Przykładów jest tyle, że nie chce mi się ich wypisywać, ale jest ich na tyle sporo że przyciągnęły moją uwagę, a jednocześnie bardzo mnie zaskoczyły. Niby nic dziwnego, ostatecznie Wrocław to małe miasto, ale ... to dotyczy wielu innych ludzi. Mieszkających w innych miastach, pracujących i studiujących w różnych miejscach. Poza Wrocławiem również. Teorie spiskowe i "chory umysł" powinien teraz mi podsunąć jakąś teorie na ten temat. Jednak żadnej nie podsuwa. Oprócz dwóch odpowiedzi:
a) Świat jest mały
b) Znam naprawde sporo ludzi. (A przynajmniej więcej niż bym oczekiwał).
W sumie wersja B może być bardziej prawdopodobna, z racji tego że od czasu do czasu zdaża mi się zostać zaczepionym na ulicy/gdziekolwiek z zapytaniem: "A Ty to Ty? A to JA, chodzilismy razem/bylismy razem w itd...", a ja totalnie ludzi nie poznaje... Mam nadzieje ze nie przyjdzie mi tylko do głowy założenie prawdziwego konta na naszej klasie i "zbieranie" znajomych...

Autor: SOCAR o 22:52 0 komentarze
Etykiety: paranoja
16 lutego 2009
Rzeczywisty ojciec (2) [aka Bij Japońca]

Świetna alegoria obecnego stanu ekonomii, w szczególności względem ludzi w stylu "jestem powaznym inwestorem dużej spółki" ;-) Znalezione na innym serwisie:
You have two cows.
- John Paulson borrows one cow so he can sell it for $100.
- He gives you $10 as collateral.
- You buy your neighbors cow for $100, which you finance by taking out a $90 loan from the bank and use John's $10 to make up the rest.
- You brag to everyone about your financial health.
- You have assets: two cows you own, plus one Paulson owes you--worth $300
- Liabilities of just $100.
A third of the country goes vegetarian.
- You thought your two cows were worth $200 and now they are worth $140.
- You express confidence in your financial health.
- Your assets are now worth only $200: your two cows plus the one John owes you
- Liabilities are still only $100.
- If necessary, you could sell the assets at this distressed price and pay off all your loans.
- You hold onto your cows because you are sure the market is "dislocated."
- Some day someone will want to eat beef again.
The rest of the country goes vegetarian.
- Your two cows are now worth $2 each to guys who want to make dog food.
- John Paulson buys a cow in the market for $2 and he gives it to you as repayment of the loan.
- You now have three cows worth six bucks.
John wants his $10 back.
The bank calls. It wants its $90 back.
You call the Federal Reserve and ask for a bailout.
:-)
Autor: SOCAR o 00:18 0 komentarze
12 lutego 2009
Rzeczywisty ojciec
Dostaliście kiedyś SPAM? Ależ oczywiście że dostaliście. Jeden charakterystyczny rodzaj spamu to tzw. piramidki. Zazwyczaj wyglądają one tak:
Prześlij 5 zł na nr konta ### po czym wpisz swój nr konta i przesuń
wszystko w górę. Dzięki tej metodzie Jan Pawica z Żeromska zarobił już
(losowa liczba)PLN.
Inne odmiany tego typu zabaw to m.in. "sprzedawanie" raportów (bezsensownych plików PDF które są warte mniej niż 5 zł) itp. Okazuje się mimo wszystko że piramidki nie są powszechne tylko w sieci, ale przede wszystkim w rzeczywistym życiu. Ilość bezsensownych postów zawalających internet z opisami mega produktów DSA, OVB, AEGONu czy zastępy zdyszałych pseudo-yuppies "sprzedających" SKANDIĘ, jest na tyle zastraszająca, że w moim odczuciu zasługuje co najmniej na miano fanatycznej religii. Ostatecznie ci ludzie wierzą w to że jeżeli naciągną odpowiednią liczbe ludzi to w życiu poza grobowym spotkają ich co najmniej 72 dziewice.
Marionetki szefa
Pare lat temu, w sumie mniej więcej wtedy gdy zdałem maturę i zaczynałem studia, kolega próbował mnie "wciągnąć" w zabawe z OVB. Otwarcie obecnie mogę powiedzieć, że zmanipulowany, strzelał frazesami i standardowymi zwrotami, jakie wkładają do naiwnych głów "marketoidy" - czyli spece od bezśredniej manipulacji sposobem postrzegania rzeczywistości. Obiecują oni złote góry za w sumie niewielki wkład pracy. Pokazują jak to fajnie jest się zbratać z "szefem" - """dużej firmy""" i wszystko jest super. Tylko musisz wyrobić limit naiwnych. Inni oferują (AFAIR skandia) zyski od zgromadzonych naiwnych niezaleznie od czasu ich zgromadzenia. Minusem całej zabawy jest to że zyski są dostępne po czasie X do którego rzadko kiedy "naganiacz naiwnych" wytrzymuje.
Wracając do mojego kolegi. Pomimo jego namów i kilkunastu (desperackich?) telefonów z samego OVB postanowiłem sie z nimi nie bawić. Szkoda mi było czasu na ganianie w garniturze i udawaniu kogoś kim być nie mogę. Ostatecznie kto poważnie potraktuje programistę lub absolwnta kierunku technicznego który próbuje wcisnąć ci ... pakiet emerytalny? Oczywiście że "głupi się znajdą", ale nie miałem zdrowia na takie zabawy.
Oczywiście kolega zachował się jak profesjonalista, z pogardą stwierdził że "więcej zostanie dla niego" itp.
Od tametego zdarzenia minęło pare lat. Ja w między czasie przeniosłem się na inny wydział u kontakt się urwał, dlatego byłem zaskoczony gdy go spotkałem. Będąc na zakupach spotkałem go znowu. Oczywiście miał stać się biznesmenem, ubrany w hugo bossa i jeżdzącym lexusem, co najmniej po roku, "no może dwóch". Do spotkania doszło ... przy kasie w TESCO. On kasował rzeczy które aktualnie kupiłem. Ale co się stało ?
Po tym jak świetował swoje "sukcesy" dał sobie "luz" ze studiami. Znajmi których mógł naciągnąć skończyli się bardzo szybko. Poszukiwanie "nowych" nie wychodziło. W firmie pojawili się lepsi, którzy przynieśli swoich znajomych. A jemu podziękowano. A z racji tego że nie miał studiów, a z dziennych też "zrezygnował", musiał zacząc zaoczne, na które zarabiał już nie jako "wielki biznesmen".
Marketoid zawsze gratuluje dwa razy czyli bełkot powszechny
Standardową techniką merketoidów, którą widzę praktycznie cały czas jest podejście "hura-optymistyczne" oraz ciągłe gratulowanie za najbardziej błahe sprawy. Celowe podejście swojej ofiary celem jej złowienia. Ostatecznie jeżeli ktoś ci czegoś gratuluje, to w powszechnym myśleniu jest to uznawane za przejaw wyższości osoby odbierającej gratulacje nad osobą ktora tych gratulacji udziela. Razem z wyższością przychodzi pycha która najczęściej jest podstawowym czynnikiem jaki usypia naszą czujność.
Ponadto zazwyczaj marketoidy używają wyuczonych z power-pointowych prezentacji pojęć. "Częściowa konwersja jednostek inwestycyjnych środków udziałowcy funduszu na nowe aktywa" -- co oznacza tak naprawdę przepisanie cyferek z lewej kolumny na prawą kolumnę. Nic poza tym. Jednak jeżeli rozdmuchamy to w stylu "Menedzera zarządzania i utrzymania jakości powierzchni płaskich", to wtedy każda "Sprzątaczka" poczuje się co najmniej jak prezes. Jednak nim tak naprade nie jest.
Wszyscy jesteśmy prezesami
Obecny "biznesowy orgazm", mojego pokolenia jest efektem obserwowania takich ludzi jak Donald Trump i Robert Kiyosaki (przeze mnie nazywany "Ten japoniec"). Pierwszy z nich dorobił się na Know-How oraz majątku swojego ojca. Nie zaczynał od zera, w przeciwieństwie to setek studentów i licealistów, poprzebieranych w garnitury za 200zł i go udających. Jest on wielokrotnie jednak (totalnie bez powodu moim zdaniem) przywoływany jako przykład "inwestora" który wykazał się "smykałką" do robienia interesów i "zmuszania" pieniędzy do pracy na jego koszt. Wielu z obecnych wannabe-milionerów wierzy że jeżeli będzie odpowiednio inwestowało w aktywa różnego rodzaju, które mają wystarczająco wysoki zwrot, dojdą oni do biznesowego nieba w którym to biznes pracuje "sam". Tak jednak nie jest. Trump stalową reką i praktycznie ciągle "opiekował" się swoim biznesem (pracował dla niego) byle tylko się nie rozsypał. Co i tak mu się nie udało, gdyż na początku lat 90tych miał ponad 9 miliardów USD ... długów.
Robert Kiyosaki jest za to ewenementem na skale światową łowienia amatorów w stylu "chce być biznesmenem". Z tym japońcem jest tak jak z czarną kropką. Narysujmy czarną kropkę na białej ścianie. Zagońmy całe rządne sukcesu bydło pod tą ścianę i zacznijmy im wmawiać że czarna kropka odniosła sukces, bo jest na białej ścianie. I tak naprawde to nie jest czarna kropka tylko zielony kwadrat. W tym miejscu powinny znajdować się dowody na prawdziwość tej tezy które są prawdziwymi dowodami w świecie "idealnej ekonomii", anie ekonomii rzeczywistej (czyli takiej jaką mamy za oknem). Bydło uwierzy i będzie głośno muczeć.
Tak samo jest z tym japońcem. Wymyślił postać, umiejscowił ją w idealnej ekonomii (bogaty ojciec), zbudował jej postać na kontrprzykładach (biedny ojciec) po czym stwierdzono: "hej! Ty tez mozesz tak jak bogaty ojciec!". I ludzie w to uwierzyli. Bo argmenty były proste jak łopata, ale efektywne tylko w idealnej ekonomii.
Kiyosaki pompuje jednak swoją reputację poprzez setki niedomówień. W rzeczywistości jego umiejętności inwestycyjne są nikłe. Wiele dowodów wskazuje na to że przytaczany w książkach "Bogaty ojciec" nigdy nie istniał. Sam japoniec dorobił się nie małych (chociaz też nie astronomicznych pieniedzy) na książkach które sprzedaje na całym świecie ludziom którzy wierzą w to że po przeczytaniu paru stron staną się "tygrysami europy". Poza tym wypuscił on ... gre planszową, która ma podobno być ... wykladnikiem zmiany myślenia względem swoich pieniędzy i możliwości ich inwestowania. Ale jednak tak nie jest.
Przeprowadzono nawet kiedyś w USA eksperyment, gdzie grupie osób dano po 1000USD i kazano przez okres czasu X zainwestować je i ile zarobią. Wszystkie, poza 1 osobą straciły wszystko. 1 osoba nie straciła wszystkiego. Zostało jej 8 (!) dolarów.
Oczywiście Kiyosaki nie miał nic do powiedzenia i siedział skompromitowany.
Rzeczywistość
W rzeczywistosci japoniec sprzedaje książki. Ludzie je czytają. Pojawiają się marketoidy i oferują "inwestycje". Co bardziej naiwni kupują gotowe produkty (zamiast ominąć łańcuszek, olać marketoida i samemu zacząć się bawić w inwestycje, które nie są aż tak trudną sztuką) po czym wiszą na linie funduszu. Jezeli wycofają się płacą karę. No i oczywiście za każde pierdnięcie opłata manipulacyjna. Fundusze inwestycyjne podobno mają uchronić inwestorów (hahaha) od "przejadania" pieniędzy (tego samego przejadania które wepchnęło obecny świat w kryzys). Jednak tak nie jest. Kupienie kolejnego produktu to tak czy inaczej przejedzenie tego co się ma.
Pare lat temu pomyślałem sobie że niezależnie od tego co nie będę robił, nie będę zarabiał więcej niż mój szef. Pare lat później przeczytałem żę to samo pomyślał obecny właściciel Tata Investment Corporation. Różnica polega na ilości włożonej pracy, pieniędzy i otaczających warunków prawno-polityczno-ekonomicznych w ... swoje pomysły i możliwości, a nie markedoidowy bełkot.
Chciałbym jednocześnie podziękować Pawłowi Badeńskiemu bez którego ta notka nie powstałaby :-)
Autor: SOCAR o 22:18 0 komentarze
5 lutego 2009
Odwrotna toleracja
To le rancja
Obecnie świat dąży do stanu pro-humanum. Czyli szanowania praw i wolności człowieka, ochrony życia ludzkiego, ochrony życia nie poczętego itp itd. Ogólnie rzecz biorąc cały czas nawołuje się do powszechnej tolerancji dla czarnych, żółtych, pomarańczowych, gejów, lesbijek, transsexualistów itd. Podążaniem drogą praworządności, chrześcijaństwa, prawdy. W przeszłości tej tolerancji (podobno) brakowało w społeczeństwach rozwiniętych (a przynajmniej za takie się uważające), jak np. USA. Obecnie wydaje się to absurdalne ale były osobne toalety dla białych i "kolorowych". To się jednak zmieniło. Tak samo jak podejście ludzi do tematu "braku tolerancji" wobec innych.
Stalin krzyknął: "Niszcz nazizm"
Należy zadać sobie jednak pytanie: "Co tak naprawdę jest ... prawdą". Innymi słowy dlaczego to co obecnie uznawane jest za prawidłowe takie jest. Np. dlaczego codziennie rano budzimy się i idziemy do pracy, a nie malujemy biało-niebieską farbą po czym nie śpiewamy "Maja hi, Maja ha".
Otóż jedyną prawdą jaką można w świecie znaleźć jest to że prawdy... nie ma. Jest tylko "opinia" (czy przekonanie) większości. Jeżeli 90% populacji uzna że jedzenie chomików na surowo jest ok, to następnego dnia wyrosną jak grzyby po deszczu restauracje serwujące chomiki.
Tak samo jest z tolerancją. Co tak naprawdę ustala "kanon tolerancji" w społeczeństwie. Zapewne elementarne odróżnienie dobra od zła umożliwia zdecydowanie o tym czy coś powinno zostać takie jakie jest czy też powinno zostać to zmienione. Tak właśnie było z podziałem rasowym w USA. Uciśnieni murzyni zaczęli masowo występować i prostestować przeciwko swojemu traktowaniu, głównie zyskując poparcie, dzięki empatii i współczuciu. Ich traktowanie przez "białych-panów" było odbierane u innych białych jako np. poniżające niewolnictwo, czemu się przeciwstawiali i popierali kolorowych w dążeniu do ich równouprawnienia. Jednak czy rzeczywiście popierali _kolorowych_, czy może przejawiali poparcie dla usunięcia metod ich traktowania ? W rzeczywistości, podświadomie zagrała tutaj dużą rolę empatia, która zapewne postawiła białych na miejscu czarnych i dała im do myślenia.
Bardziej "rzucający się w oczy" jest przykład (właściwie taki sam) Adolfa Hitlera i jego psychopatycznego dążenia do "czystości rasy". Metody jakie stosował (wszystkim świetnie znane) spotkały się z negacją "większości", przez co ludzie zaczęli walczyć nie z nim, ani nawet z ideami, ale przede wszystkim z postępowaniem jakie przejawiał. Większość "zdecydowała" że "Hitler jest zły" i tak zostało. A co jeśli Adolf wygrałby wojnę ? Wtedy zapewne przedstawiano by go jako patriote i bohatera, dążącego do idealizacji gatunku ludzkiego etc etc.
Niggers
Obserwując jednak zachowania większości dochodzę do wniosku że rzeczywista _tolerancja_ nie istnieje i nigdy istnieć nie będzie. Ot z prostej przyczyny. Gdy "grupa dominująca" (niekoniecznie chodzi tutaj o pochodzenie etniczne. Model ten może się również odnosić np. do płci) zdecyduje o równouprawnieniu "grupy mniejszościowej" pojawia się kontekst zachowania grupy dominującej względem grupy mniejszościowej w przeszłości. Grupa mniejszościowa dostaje dodatkowe narzędzie do dodatkowej walki o przywileje i prawa względem grupy dominującej. Często jest tak że wykorzystuje "sumienie" grupy dominującej aby sama stać się takową.
Przykład:
1. Afroamerykanie mają słówko Nigga. Na polski przekłada się to na "czarnuch". W swojej grupie uzywają go do woli. Jednak jeżeli biały użyje tego słowa, wtedy jest to obraza. Biały jest rasistą.
2. Jeżeli katolik stwierdzi że nie chce przebywać w towarzystwie np. członka religii żydowskiej, wtedy jest zazwyczaj antysemitą. Nie ważny jest wtedy zazwyczaj powód
3. Jeżeli heteroseksualny człowiek nie chce utrzymywać (powód nie ważny) znajomości z gejem, wtedy jest homofobem
4. Jeżeli nie chodzisz do kościoła, to jesteś komunistą
itd itd
Powyższe przykłady są masowo wykorzystywane w obecnej kulturze "tolerancji" w przypadkach gdy "grupy mniejszościowe" mają problem z osiągnięciem swojego celu wykorzystują fakty swojej grupy, które identyfikują ich jako członków grup "mniejszościowych".
Dlatego jeśli nie zatrudnisz czarnego żyda geja na stanowisku neurochirurga, zapewne wcześniej czy później obsmaruje cie w gazecie, za to że jestes antysemickim homofobem rasistą. Co z tego że facet przez całe swoje życie jedyne co robił, to spawał tylko kadłuby statków w Belfaście. To się liczyć nie będzie.
Większośc mniejszościowa
Ekspansja grup mniejszościowych obecne daje się zauważać gołym okiem. Dodatkowo wszelkie grupy o przekonaniach radykalnych, przeciwnych tolerancji są natychmiast niszczone i piętnowane. Nie popieram, ani nie identyfikuje się z takimi grupami, jednak opisuje fakt zauważalny.
Grupy większośćiowe obecnie zamieniają się w grupy mniejszościowe. Niby nie problem, gdyby nie fakt że obecny świat w wiekszości i przez bardzo dłgi okres budowany był przez grupę większościową. Zmiana taka nie wydaje mi się dobra.
Podsumowując tą notkę (a właściwie odkrywając klu programu): Osoby uważające się za najbardziej tolerancyjne, walczące z rasizmem, komunizmem, homofobią czy antysemityzmem, w rzeczywistości nie różnią się niczym od osób z którymi walczą. Praktycznie niczym.
Autor: SOCAR o 00:56 0 komentarze

